Całkiem niedawno wspominaliśmy o norweskim fenomenie edukacyjnym, jakim jest folk school: placówka przeznaczona przede wszystkim dla ludzi szukających swojej drogi życiowej przed pójściem na konkretne studia. Udając się do folk school, spotkacie się nie z rygorem i słynną „zasadą trzech zet”, a ze zrozumieniem oraz możliwością rozwoju w kierunku, który być może stanie się waszą ścieżką zawodową. Dziś skupimy się przede wszystkim na codzienności ucznia folk school, zaletach takiego „gap year” oraz porównaniu go z tym, co zazwyczaj spotyka polskich absolwentów szkół średnich. 

W ramach przypomnienia: ludzie uczęszczający do folk school mieszkają w internacie i spędzają ze sobą praktycznie cały czas. Przykładowy dzień rozpoczyna się od porannej zbiórki, po której każdy przechodzi do swojego indywidualnego planu zajęć – dopasowanego pod wcześniej wybrane przedmioty praktyczne, określane mianem kierunkowych (ang. major subjects). Same przedmioty kierunkowe prawdopodobnie nie zajęłyby całego tygodnia, stąd też do rozpiski dochodzą lekcje zbiorowe (joint classes) oraz fakultatywne (elective classes). Przedmioty zbiorowe to kolekcja dość lekkich dziedzin takich jak taniec, wuef lub chór, stanowiąca idealną okazję do poznania ludzi z innych specjalizacji – coby się nie mijać na korytarzu. 🙂 Fakultety z kolei przedstawiają inne przedmioty kierunkowe, odmienne od tych wcześniej obranych; ich wymagana ilość zależy od indywidualnego sylabusa każdej szkoły. Bywa też tak, że zajęcia są prowadzone w soboty; zwykle jednak nie trwają one dłużej niż cztery godziny. Wszystkie lekcje przeplatają się z przerwami na wspólny posiłek w szkolnej stołówce.

Nie samą nauką jednak człowiek żyje! Członkowie społeczności folk school mogą uczestniczyć w różnych aktywnościach – prowadzonych z inicjatywy szkoły lub… własnej. 🙂 Do takich zaliczają się filmowe nocki, kółka dyskusyjne lub przedstawienia. Organizowane są także wycieczki terenowe, badawcze i projekty, w których udział może wziąć każdy. Co więcej, folk schools od czasu do czasu zarządzają długie weekendy i przerwy świąteczne, tak by uczniowie mogli na jakiś czas opuścić kampus. 

Jak wspominaliśmy już wcześniej, folk school to dla wielu idealna perspektywa spędzenia „gap year” między ukończeniem szkoły średniej a pójściem na studia. Nikt nie jest popędzany, nauczyciele nie zarządzają kartkówek i egzaminów, a praktyka jest stawiana ponad teorię. Jest to metoda dla tych, którzy lubią się uczyć, jednocześnie potrzebując chwili wytchnienia od wyścigu szczurów. Oprócz tego, propagowane są współpraca oraz budowa więzi, czyli umiejętności niekiedy niezbędne na rynku pracy; bo komu nie zależy na przyjaznym otoczeniu? A ponieważ grupy są zwykle małe, uczestnicy programu mogą mieć pewność, że otrzymują wystarczająco dużo uwagi; koniec z przekrzykiwaniem się w sali lekcyjnej! 

Warto dodać, że w Polsce taki gap year prezentuje się zwykle inaczej. Ci, którzy nie są jeszcze pewni swoich wyborów życiowych, udają się zazwyczaj do pracy dorywczej lub zaczynają studia „na próbę”. Druga opcja jest o tyle gorsza od norweskiego modelu, że studenci z góry skazują siebie na stres, nie wiedząc czy odpłaci on się wymarzoną pracą lub satysfakcją z obranego kierunku. Wiele takich sytuacji kończy się tak zwanym przesiewem i, co za tym idzie, zmarnowanym czasem. Praca dorywcza wydaje się znacznie atrakcyjniejsza; absolwent może odłożyć sobie co nieco do kieszeni i przy okazji poznać wartość pieniądza. Jedynym minusem jest tutaj fakt, że taki zawód jest tylko na chwilę i na dłuższą metę nie będzie stanowił atrakcyjnego punktu w CV. 

Jak więc widzicie, folk school ma całkiem sporo do zaoferowania jako instytucja, pozwalając na zdobycie pierwszego doświadczenia krok po kroku bez zbędnego pośpiechu. Nie wiesz jeszcze, co chciał_a_byś studiować lub boisz się niewypału? Takie rozwiązanie byłoby dla ciebie idealne. Kto wie, może kiedyś i w Polsce nadarzy się taka okazja? 😉 

Autor tekstu: Aleksandra Sokół