Artystyczne dwudziestolecie międzywojenne chyba w każdym miejscu w Europie pozostawiło po sobie jakiś ślad. W Barcelonie o malarstwie dyskutował Picasso w kultowej kawiarni El Quatre Gats, a w Paryżu Modigliani szkicował migdałowe twarze swoich modeli. Choć artystyczna bohema w Polsce nie przyniosła światowego rozgłosu, to i tak na zawsze wpisała się w karty historii polskiej sztuki. Tak jak dla Francji Paryż był niewątpliwym ośrodkiem artystycznych dusz i niekończącej się zabawy, tak Zakopane dla Polski stanowiło podobne centrum powstawania nowych awangard i niepowtarzalnych charakterów. Każdy, chociażby ze szkolnych podręczników wie, że to właśnie tam działo się wszystko to, co o sztuce międzywojennej trzeba wiedzieć. Nie każdy jednak wie czemu i jak ta cała szalona fascynacja Zakopanem się zaczęła.

Na wstępie warto zaznaczyć, że wbrew naszym polskim przekonaniom Zakopane nie od zawsze chełpiło się swoim przydomkiem zimowej stolicy Polski, a Krupówki nie od zawsze stanowiły kultową część naszego narodu. Powszechnie uważa się, że Zakopane dla szerszej tłuszczy odkrył dr Tytus Chałubiński, który do miasta zajechał w 1873 roku. Znaczenie postaci Chałubińskiego nie trzeba chyba bliżej przytaczać. Polski lekarz, działacz społeczny, botanik, pisarz, wymieniać można by w nieskończoność. Co jednak istotne był on współtwórcą Towarzystwa Tatrzańskiego i jednym z pierwszych badaczy przyrody tatrzańskiej. To właśnie on uważany jest za pierwszego i chyba najbardziej znaczącego popularyzatora tatrzańskiej aury i góralskiego klimatu. Wróćmy jednak do roku 1873. Chałubiński jako szanowany lekarz bezproblemowo zareklamował Zakopane jako ośrodek zdrowotny, ostoję dla spragnionych spokoju i orzeźwiającego powietrza. Tak właśnie tatrzańska mieścina zaczęła przyciągać nieznane i znane osobistości. Spędzanie czasu pod Giewontem czy kontemplowanie beztroskiego widoku pasących się owiec stało się wybawieniem spragnionych spokoju Polaków. Zakopane stało się istną mekką gruźlików. Rafał Malczewski, polski malarz, oczywiście również wielki popularyzator Tatr, tak nakreślił owo wydarzenie: „Chałubiński potrafił wmówić w polskie społeczeństwo, jakoby podgiewontowe osiedle było krynicą zdrowia dla suchotników, stawiającym na nogi niczym terramycyna czy inny antybiotyk, a właściwie nie miało żadnych danych na to. Zmienna aura Zakopanego kładła zdrowego w bety, halny wiatr wytracał chorych na płuca, z silniejszych robił alkoholików”.

 Kolejną przyczyną zbiorowego wyruszania artystów na samo południe Polski była próba ucieczki przed życiem pod zaborami. W Galicji język niemiecki był na porządku codziennym, roiło się od przeróżnych represji, a przecież w innych miejscach bywało jeszcze gorzej. Zakopane, mała mieścina gdzieś tam wciśnięta między stoki Gubałówki a Tatry, do której ówczesna droga dojazdowa nie grzeszyła nowoczesnością, mało kogo obchodziła. Ta pozostała nienaruszona polskość, dodatkowo utopiona w osobliwym klimacie góralskości, działała na pisarzy, muzyków, malarzy i inne artystyczne dusze jak magnez. Nieprzypadkowo na krótki okres ogłoszono tam Rzeczpospolitą Zakopiańską ze Stefanem Żeromskim na czele Rady Narodowej. 

 Regularnym bywalcom Zakopanego nie trzeba uświadamiać jak same Tatry działały na wrażliwe dusze Polskich artystów. Zdobywanie kolejnych szczytów, odkrywanie dziewiczych zakątków inspirowało jak nic innego. I tak obrazy Malczewskiego, spektakle Witkacego były wręcz nasiąknięte aurą tatrzańskich widoków i wrażeń. 

 Góralska atmosfera wydawała się idealna dla artystycznych meetingów i często nietuzinkowych zabaw. August Zamoyski, wybitny polski rzeźbiarz, zapewniał różnorakim osobistościom miejsce do dyskusji, wytchnienia, ale przede wszystkim szalonej zabawy. Jego legendarny dom ”Forma” przyciągał całą ówczesną bohemę, gdzie odbywały się słynne ”orgie”. Były to suto zakrapiane kolacje, często połączone z eksperymentami z narkotykami, które miały niewątpliwy wpływ na sztukę wielu bywalców. Witkacy niektóre ze swoich prac podpisywał przecież nie tylko swoim nazwiskiem, ale także nazwą substancji, którą zażywał podczas aktu tworzenia. Jako nałogowy palacz i morfinista nieprzypadkowe dla niego było głębokie zaciągnięcie się papierosem lub zażycie środków o często wątpliwym składzie. 

 Nieodłączną częścią zakopiańskiego uroku były liczne dramaty miłosne, które często kończyły się tragicznie. W czasach międzywojennych powszechnie mówiono o wybujałym erotyzmie, który zagnieździł się u stóp Giewontu. Co chwile w mieście wybuchały nowe to, coraz gorętsze romanse, które stanowiły niekończące się źródło inspiracji dla artystów. Jedną z głośniejszych miłosnych historii stanowi ta z 21 lutego 1914 roku. Witkacy, oczywista ikona zakopiańskiej bohemy, był zaprawionym taternikiem, jego wycieczki na nawet najwyższe szczyty nie zaskakiwały nikogo. W górach trudno go było pomylić z kimkolwiek innym, gdyż zawsze ubrany był elegancko i stylowo, a nieodłączną częścią jego tatrzańskiego oblicza były kobiety. Jedna jednak górska wyprawa malarza właśnie tego nieszczęśliwego 21 lutego skończyła się tragedią. Jego narzeczona, Jadwiga Janczewska, popełniła samobójstwo, strzelając do siebie z browninga należącego do Witkacego. To wydarzenie, za które artysta w dużej mierze obwiniał siebie, wstrząsnęło nim do głębi. Tylko dzięki malarstwu Witkacy jakkolwiek mierzył się ze swoją traumą. Często mówi się, że to właśnie ból stanowi niezastąpione natchnienie dla artystów, być może w tym przypadku było podobnie.

 Zakopane niewątpliwie na przestrzeni lat straciło swój dawny urok i nie przyciąga już tak niesamowitych osobistości. Krupówki, gdzie dzisiaj za oscypki można zapłacić kartą kredytową, a we wszystkich pozornie tradycyjnych, polskich restauracjach można zamówić nuggetsy, zwyczajnie odrażają Polaków spragnionych tej dawnej nieskażonej polskości. Teraz Zakopane stało się jednym wielkim skansenem, gdzie nie do pomylenia góralski akcent stanowi namiastkę tatrzańskiej przedwojennej atmosfery. Niezmiennie jednak onieśmielające góry i przykładowy genialny Teatr Witkacego choć na chwilkę potrafią jednak przenieść każdego chcącego te 100 lat wstecz. 

Autor tekstu: Barbara Hofman